in

Prasówka sprzed lat… Wokół walczącej Warszawy 27 sierpnia 1944 r.

1 sierpnia br. przypada wybuchu Powstania Warszawskiego.  76 lat temu, przez ponad dwa miesiące, informacje o walczącej Warszawie zajmowały główne miejsce na pierwszej stronie „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” – organu rządu polskiego w Londynie.  Wydarzenia z powstańczej Stolicy były również tematem wielu artykułów opublikowanych  w „Orle Białym” – jednym z najbardziej wpływowych czasopism polskich ukazujących się w czasie II wojny światowej. W kolejnych odcinkach „Prasówki”  poświęconej  walczącej Warszawie 1944 roku  przypomniane zostaną  przede wszystkim  opinie, komentarze, reakcje środowisk polskich i zagranicznych  oraz ogólna sytuacja polityczna, w której wybuchło i przebiegało Powstanie. Czytelnikom zainteresowanym walkami  powstańczymi dzień po dniu  polecamy lekturę  KARTKI Z KALENDARZA,  znajdującej się na stronie internetowej Muzeum Powstania Warszawskiego http://www.1944.pl/historia/kartki_z_kalendarza/ .

Agata Rola – Bruni

WARSZAWA – PARYŻ

(Tygodniowy przegląd wydarzeń)

Ostatnie dni piątego roku wojny obfitują w ważkie, nawet historyczne wypadki. Naszą jednak wyobraźnię wciąż przykuwa jeden na mapie punkt – Warszawa. Bitwa warszawska trwa, jakkolwiek trudno pojąć, w jaki sposób się to dzieje. Trwa i nie słabnie w natężeniu, chociaż wydaje się, że każdy dzień w milionowym mieście pozbawionym wody, żywności, amunicji i nadziei, bombardowanym, trawionym pożarami, metodycznie niszczonym dom po domu – musi pogarszać położenie obrońców.

W podobnych warunkach moralnych i materialnych nie broniła się żadna współczesna stolica. Nie ma też przesady w stwierdzeniu jednego z pism szwedzkich, że to, co dzieje się w Warszawie, jest największą tragedią współczesnej Europy.

Szczegóły tej tragedii znają już czytelnicy z „Dziennika Żołnierza”. Litania zniszczeń codzień rośnie. Objęła już całe Stare Miasto i katedrę św. Jana i Łazienki… Niewiele zostało z Warszawy, jaką znamy. Nie wiemy też, jak wielu zostanie jej mieszkańców. Zostanie w zamian wielka, bohaterska Legenda…

„Wśród najlepszych przyjaciół”

Na ocenę polityczną decyzji o powstaniu w Warszawie jeszcze za wcześnie, jak i na ustalenie straszliwych odpowiedzialności z tym związanych. Jedno jest pewne, to że jeden tylko naród polski jest uprawniony do tej oceny. Gdy więc organ ruchu komunistycznego w Polsce „Armia Ludowa” złośliwie insynuuje: „Akcja zbrojna, niezależnie od tego, kto i w jakim celu ją wywołał” – zmusza do wyjaśnienia, że mocodawcy tego pisma najmniej mają praw do podnoszenia wątpliwości. Osiagają oni największe korzyści bezpośrednie przez tę olbrzymią dywersję w węzłowym punkcie. Osiągają także cel polityczny – ten sam, który osiągali wywożąc obywateli polskich na Kołymę i do katyńskiego lasu. A jeśli nawet przeniesienie ich inicjatywy taktycznej na inne odcinki frontu, właśnie gdy wybuchła bitwa w Warszawie, mogłoby być tłumaczone niezdolnością oparcia się niemieckiemu natarciu – żadne wykręty nie usprawiedliwią nieokazania walczącej Warszawie pomocy materialnej w tym nawet zakresie, jakim potrafiła ją okazać garść bohaterskich lotników brytyjskich i płd-afrykańskich na olbrzymiej odległości i w najtrudniejszych warunkach.

Skoro już mowa o pomocy materialnej: pomoc sprzymierzonych dla Warszawy mieści się dotąd w rozmiarach paru lub kilku setek ton. Świeżo zaś ogłoszono urzędowo, że waga dostaw alianckich dla Z.S.R.R. tylko drogą przez Irak i Persję wyniosła dotąd ok. 3.750.000 ton, co stanowi w przybliżeniu połowę ogólnego tonażu pomocy dla tego kraju, wynoszącej zatem siedem i pół miliona ton. Okazuje się więc, że Związek sowiecki nie jest takim znowu zasadniczym przeciwnikiem udzielania sobie pomocy przez państwa walczące z Niemcami.

Inną formą pomocy mogło być bombardowanie niemieckich baterii ostrzeliwujących Warszawę. Prosił o to gen. Bór. Wyniki: „Brak żądanego bombardowania umożliwia Niemcom zupełnie bezkarne nadużywanie swej przewagi technicznej w stosunku do nas”.

By nie zostawić wątpliwości, okazano obrońcom Warszawy swoistą „pomoc moralną”, polegającą na wzmożeniu kampanii antypolskiej prasy sowieckiej oraz bagatelizowaniu bitwy warszawskiej. Rozgłośnia „Swit” podaje 19 bm: „Kampanii niemieckiej przemilczania lub pomniejszania walk w Warszawie towarzyszył charakterystyczny akompaniament prasy komunistycznej świata, utrzymującej, że walki w Warszawie są wymysłem Polaków w Londynie”.

Wypada z żalem stwierdzić, że w tej kampanii przemilczania i pomniejszania bierze udział wielka część prasy naszych potężnych sojuszników. Trudno uważać tylko za przypadek, że „Voelkischer Beobachter” lepiej dostrzega i tragedię i bohaterstwo wrogiej sobie Warszawy, niż popularny organ bratniej armii amerykańskiej, w której szeregach tylu przecież żołnierzy ma w Warszawie bliskich. Nie może to być przypadkiem już choćby dlatego, że nawet z czysto dziennikarskiego punktu widzenia obrona Warszawy jest pierwszorzędną sensacją. Aby jej nie widzieć, trzeba zamykać oczy – umyślnie.

Propaganda niemiecka ma tu żer znakomity. Wspomniany już „Voelkischer Beobachter” rozumiejąc, że wydarzeń w tej skali nie da się zatuszować, przedstawia je jako skutek demonicznej prowokacji. „Historia zna tylko kilka przykładów zdrady o podobnych rozmiarach” – pisze. (…)

Część prasy alianckiej usiłuje także wyzyskać tragedię Warszawy w celu skłonienia nas do ustępstw wobec Rosji. Tę metodę znamy nie od dziś. Pamiętamy Spa i pamiętamy załatwianie sprawy Zaolzia w 1920 r. Zdaje się jednak, że cynizm winien mieć jakieś granice. Przecież ci ludzie tysiącami umierają nie po to, żeby Polskę dzielić między trzy sowieckie republiki!

Trzeba twardo powiedzieć, że wszelkie powoływanie się na potrzebę żebrania o pomoc dla Warszawy, dla usprawiedliwienia polityki rezygnacji, krzywdziłoby moralnie obrońców stolicy marnując ich wspaniałą ofiarę, ponoszoną dla takiej Polski, jaką wszyscy nosimy w sercach.

Rozumieją to bezinteresowni obserwatorzy. Naczelny redaktor zbliżonego do rządu, bardzo proalianckiego i ostrożnego w wyrażeniach dziennika ankarskiego „Ulus” – p. Atay pisze 21 bm.: „Ludność Warszawy, która już w 1939 r. dała nam przykład epickiej walki, tonie dziś we krwi w celu osiągnięcia niepodległości”. (podkr. moje – M.C.).

„Jak moglibyśmy przypuszczać, że wielkie mocarstwa nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje i że starają się czynić różnicę między własnymi ofiarami i ofiarami innych? Że nie zrozumiały, jak jest niezbędne, by nowy porządek pokojowy nie przypominał, nawet z lekka, tyranii ‘osi”?  Wszelka postać tego porządku z wyjątkiem światowej organizacji wolnych i suwerennych narodów, zjednoczonych przeciw wojnie, doprowadzi jedynie do katastrofy”. Uczciwe i rozumne słowa.

(…)

M.C.

DORADCY

(Przegląd prasy)

„Sowieckie Królestwo Polskie”

W dniu 19 bm. pod wyżej przytoczonym tytułem ukazał się długi artykuł w nie zawsze przychylnym dla nas „The Economist”. Autor wskazuje na analogie, jakie istnieją pomiędzy chwilą obecną a kongresem wiedeńskim. Car Aleksander życzył sobie „wielkiej i niepodległej Polski” tak samo, jak dziś życzy jej sobie Stalin. I oto: „W roku 1815 narodziło sie Królestwo Polskie, a w roku 1830 zostało złożone do grobu. Polska została włączona do Rosji”.

„Cesarz rosyjski był zwolennikiem silnej Polski – zarówno terytorialnie jak i pod względem ludności, co wynikało z faktu, że chciał połączyć wszystkie ziemie polskie znajdujące sie pod zaborem austriackim i pruskim w jedno Królestwo Polskie. Ten projekt spotkał się z ostrym sprzeciwem Liverpoola i Castlereagha, którzy nie mogli zgodzić się na utworzenie Polski kosztem ich austriackich i pruskich sprzymierzeńców…”

Opisując wolności, z jakich korzystali Polacy w pierwszych latach Królestwa, pismo uważa, że „może prawie wydawać się, że w polsko-rosyjskich stosunkach Królestwo Polskie może być uważane za najlepszy wzór do naśladowania i że podobna unia między Rosją i Polską z tymi samymi wolnościami i giętkością może dać w skutkach nowy okres intensywnego postępu społecznego. Zapewnienia Rosji o braku intencji do przenoszenia systemu sowieckiego do Polski mogą być zaakceptowane.  Polityka dualizmu – autokracja w Rosji i konstytucjonalizm w Polsce – którą Aleksander uznał za możliwą, nie powinnaby przekraczać politycznych możliwości Stalina. Czyż obecne obawy Polaków utracenia narodowej wolności i wolności politycznych mogą być uważane wobec tego za przesadne?” – zapytuje autor. Nie daje na to wprost odpowiedzi. Doradza natomiast ostrożną taktykę w wysuwaniu projektów nowego wydania „Królestwa Polskiego”.

Stwierdzając, że kwestia polska była centralnym zagadnieniem kongresu wiedeńskiego, mimo że Polacy nie rościli żadnych pretensji, a ich wezwania nie mogły mieć żadnego znaczenia, gdyż walczyli po stronie pokonanych wojsk napoleońskich, autor przypomina, że „opinia angielska nie była wówczas ani obojętna, ani milczała na los Polski”.

„Liverpool w liście do Castlereagha pisał w listopadzie 1814 roku: „Nie wolno nam ukrywać przed sobą, że czeka nas ciężka walka z opinią publiczną w obronie jakichkolwiek umów, które nie brałyby pod uwagę niepodległości Polski”.

„Na przyszłej konferencji pokojowej – pisze „The Economist” – Polska wystąpi z potężnymi tytułami swojego starszeństwa w koalicji, swoich cierpień datujących się od 1939 r. i jej wielorakiego wkładu do wysiłku sprzymierzonych. Czy można mieć wątpliwości – pyta – że jakiekolwiek załatwienie tej sprawy, które by nie stanowiło jednocześnie „rzeczywistej niepodległości Polski”, spowodowałoby tym razem „walkę z opinia publiczną” o wiele bardzuej wytężoną i bolesną aniżeli ta, o której pisał Liverpool?”

Rozumie to doskonale żołnierz polski i dlatego w walce z Niemcami chce dotrwać do końca – do konferencji pokojowej, na której zdecydowana będzie sprawa polska, czego tak bardzo chcieliby uniknąć niepowołani polscy doradcy.

(j. t.)

NIEPOKÓJ O POLSKĘ

(Przegląd prasy włoskiej)

Echa podróży premiera Mikołajczyka do Moskwy, powstanie w Warszawie oraz walki wojska polskiego we Francji i we Włoszech sprawiły, że w ostatnim tygodniu prasa włoska poświęciła stosunkowo dużo uwagi naszym sprawom.

Na ogół Włosi starają się pogodzić żywą sympatię, jaką tradycyjnie odczuwają dla Polski, z uznaniem szacunku i podziwu, które w nich budzą zwycięstwa Rosji Sowieckiej. Chwilami jednak nie kryją swego niepokoju i jakby konsternacji. Manlio Lupinacci w „Risorgimento Liberale” z dn. 18 sierpnia pisze:

„Nie jest konieczne ani nawet celowe ukrywać, że w świadomości wielu istnieje niepokój o Polskę…”

„Otóż nie da się zaprzeczyć, ze zachowanie się rządu sowieckiego wobec Polski i w Polsce nie zawsze miało konsekwentną ciągłość. Od uznania rządu polskiego w Londynie przeszło się do zerwania stosunków dyplomatycznych. Zerwanie tych stosunków nie powinno było oznaczać unieważnienia stanu prawnego wytworzonego przez uznanie. Ale z Moskwy wystąpił na widownię komitet narodowego wyzwolenia, przeciwko któremu legalny rząd polski wystąpił z protestem zakazując obywatelom i kombatantom polskim pójście pod jego rozkazy w jakiejkolwiek formie. A jednak uznanie sowieckie tego komitetu, którego przedstawiciele mają administrować na ziemiach polskich uwolnionych od Niemców, nie przeszkadza temu, że szef rządu polskiego z Londynu zostaje zaproszony do Moskwy celem przejrzenia ze Stalinem całego zagadnienia stosunków rosyjsko-polskich. Tenże szef rządu zgadza się na spotkanie z członkami komitetu, który on sam oglosił za nielegalny. Jak widać, nie jest łatwo rozeznać się, a więc i niełatwo uniknąć wątpliwości co do celu tak skomplikowanej gry, która by przynosiła zaszczyt najbardziej subtelnemu praktykowi starej i potępianej dyplomacji tajnej prowadzonej przez kancelarie i dwory”.

Czytając ostatni ustęp trudno się oprzeć wrażeniu, że brak konsekwencji istnieje nie tylko po stronie sowieckiej, ale i polskiej. Tym się też zapewne tłumaczy, że autor w praktycznych sugestiach rozchodzi się z naszymi poglądami. Jako granice polsko-sowiecką proponuje tzw. Linię Curzona.

Ostrożniejszy w formułowaniu zagadnienia granic jest autor artykułu w „Domenica” z 13 sierpnia. Pragnąłby on, by sprawa była rozstrzygnięta bez narzucania rozwiązań jednostronnych, ale też i bez upierania się przy terytoriach, „które tylko częściowo mogą być rewindykowane na podstawie zasady narodowościowej”. Autor przypomina jednak, że w 1941 r. znaczna część terytoriów okupowanych została wcielona do ZSRR na zasadzie plebiscytu przeprowadzonego pod okupacją wojskową i bez obecności jakiejkolwiek polskiej władzy politycznej. Według autora, dla Europy jest ważny nie tylko praktyczny wynik załatwienia, ile duch, w jakim zostanie ono przeprowadzone. „Nie będzie pokoju w Europie, jeśli nie będzie pokoju demokratycznego”.

Podobnie wypowiada się Filippo Giolii w „Il Tempo” z dn. 19 sierpnia:

„Nie będzie zwycięstwa koncepcji demokratycznej w Europie, jeśli Polska nie zostanie odbudowana według sprawiedliwości i nie będzie posiadała pełnej i całkowitej niezależności. Demokracja jest niepodzielna, jak pokój i wojna”. „Ani Czechosłowacja, ani Polska nie mogą być uważane i określane, jako „strefa wpływów” Rosji. Ten termin nie jest zgodny z duchem wolności europejskiej”.

W praktycznych wnioskach autor jest jednak od nas bardzo daleki. Rządów pomajowych nie zalicza wprawdzie do totalitarnych, ale uważa je za niedemokratyczne: widzi w nich tendencje ekspansyjne. Uważa za naturalne, że Rosja pragnie utworzenia przyjaznej dla siebie Polski, która by nie powtarzała błędów przeszłości. Rząd w Londynie stawia na równi z Komitetem Wyzwolenia Narodowego pisząc o „współistnieniu dwóch różnych rad lub komitetów wyzwolenia – jednego starego z siedzibą w Londynie, drugiego nowego z siedzibą w Chełmie”.

O ile dla Włochów polityka zagraniczna jest często więcej rzemiosłem praktycznym niż wyrazem ideologii, o tyle kościół z zasady polityką interesuje się pod kątem widzenia wiary i moralności. Organ watykanu „Osservatore Romano” ostatnio poświęca sprawom polskim wiele uwagi.

Szczególnie pilnie dzień po dniu śledzony jest rozwój wypadków w Warszawie i reakcje opinii publicznej w Londynie.

W pośrednim związku ze sprawą polską „Osservatore”, z dnia 19. VIII. zamieścił artykuł o „Równości prawnej państw”. Postawiona jest tam teza, że konferencja w Teheranie nie mogła ograniczyć lub pomniejszyć wartości prawnej Karty Atlantyckiej. Karta Atlantycka obowiązuje wszystkie narody sprzymierzone, akt końcowy konferencji teherańskiej tylko niektóre. Według obecnie przyjętych norm prawa międzynarodowego interesy danego państwa nie mogą być rozpatrywane bez jego uprzedniej zgody. Autor artykułu wyraża przypuszczenie, że konferencja w Teheranie miała raczej na widoku podział zadań, celem jak najskuteczniejszego prowadzenia wojny, a nie zapoczątkowanie prawno-politycznej formy współżycia międzynarodowego po wojnie. „By przyszły pokój był sprawiedliwy, nie może on nie potwierdzić zasady równości prawnej między państwami”.

Zarówno dobór materiału jak i jego przedstawienie przez „Osservatore” jest poważnym wkładem do stawiania sprawy polskiej na terenie światowym. Dla nas Polaków jest probierzem, jak na nas patrzy czynnik obiektywny, a nam przyjazny, jakim jest Watykan.

(wir)

Archwialne numery „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” oraz „Orła Białego” pochodzą z Biblioteki Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.

Artykuł archiwalny: Data i miejsce pierwszej publikacji: www.naszswiat.net – 27.08.2014 r.

Pozostałe odcinki „Prasówki sprzed lat…” znajdują się POD TYM LINKIEM

Włochy: 13 zgonów na Covid-19 i wysoki wzrost nowych zakażeń koronawirusem, jest ich 1367

Włochy: W ciągu tygodnia prawie podwoiła się liczba nowych zakażeń