in

Edyta Felsztyńska. Pozytywne myślenie ma wielką moc

Edyta Felsztyńska przyjechała do Włoch w 1990 roku na zaproszenie jej chłopaka. Jednak osiem lat później wyszła za Włocha. Od kilku lat, wraz z Bożeną Wróblewską działa na rzecz Polonii, która jak sama mówi „zajmuje więcej czasu niż praca zawodowa”. Od przeszło półtora roku walczy z jedną z najbardziej przerażających chorób naszych czasów, ale dzięki rodzinie, prawdziwym przyjaciołom i własnej, niegasnącej nawet na chwilę pozytywnej energii udaje jej się pokonywać kolejne przeszkody.

Edyta Felsztyńska / foto: Sylwia Dombrowska

Kilka lat temu wraz z Bożeną Wróblewską założyłyście stowarzyszenie INSIEME, w którym działacie aktywnie na rzecz Polonii. Dzięki organizowanym przez was imprezom, w tym Zjeździe Polonii Europejskiej stałyście się znane nie tylko Polakom w Rzymie, ale także naszym rodakom w Europie. Skąd bierzecie zapał na tą niełatwą często działalność?
Działalność na rzecz Polonii to od kilku lat moje drugie życie. Zajmuje mi nieraz więcej czasu niż sama praca zawodowa. Pamiętam moje pierwsze miesiące we Włoszech, wszelkie trudności z jakimi się boryka każdy cudzoziemiec na początku emigracji. Nie było telefonów komórkowych, nie było Facebooka i innych portali, dzięki którym tak szybko i łatwo jest się wymienić każdym rodzajem informacji. Dzięki dobremu wykorzystaniu tych narzędzi i stowarzyszeniom takie, jak nasze mamy dzisiaj możliwość poznawania nowych ludzi, wymieniania się wszelkimi informacjami, radami. Niesamowitą siłę i energię do dalszego działania dają nam ludzie, którzy przychodzą na imprezy organizowane przez nasze stowarzyszenie. Z biegiem lat udało nam się stworzyć wspaniałą grupę ludzi, stałych uczestników naszych spotkań, która nawzajem sobie pomaga, w niełatwym życiu na emigracji. Od lat podkreślam, że jeśli nie pomożemy sobie sami nawzajem, to kto nam tu może podać pomocną dłoń… Często na naszych spotkaniach integracyjnych organizujemy akcje charytatywne dla naszych rodaków i przy każdej takiej okazji nasza Polonia wykazuje się ogromnym sercem i chęcią niesienia pomocy. Nie przez przypadek nasze wieczory zaczynamy zawsze wspólnie śpiewając „Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Tego właśnie zazdroszczą nam rodacy przyjeżdzający na Zjazdy Polonii Europejskiej w Rzymie z innych krajów Europy. Są mile zaskoczeni, że jesteśmy tak zgraną i zorganizowaną Polonia tutaj, w Rzymie. Podkreślę tutaj, że organizacja tych Zjazdów to ciężka praca i przeogromne zaangażowanie nie tylko naszego stowarzyszenia, ale wielu osób, które wnoszą swój wkład do tego ewentu. Dlatego jest to nasz, wspólny sukces, a gdyby nie nasze spotkania nie znalibyśmy się i nie byłoby możliwe zorganizowania czegokolwiek.

Opowiedz mi proszę o Twojej przyjaźni z Bożeną Wróblewską? Jak to się zaczęło i jaki jest sposób na przetrwanie takiej przyjaźni.
Z Bożenką znamy się od przeszło 20 lat! Zapoznała nas wspólna koleżanka, która teraz już wróciła do Polski. Pewnie nie zdawała sobie wtedy sprawy, jaka wspaniała przyjaźń narodzi się między nami. Jaki jest sposób na przetrwanie takiej przyjaźni? Taki sam, jak na przetrwanie wszystkich związków, czyli lojalność, szczerość, szacunek i wyrozumiałość dla drugiej osoby. Nikt z nas nie jest perfekcyjny. Nie sztuką jest dążenie do zmiany charakteru drugiego człowieka, ale umiejętność pokochania go takim, jakim jest.

Od ponad roku zmagasz się z ciężką chorobą, a pomimo tego cały czas prowadzisz aktywny tryb życia.
Od ponad półtora roku walczę z jedną z najbardziej przerażających chorób naszych czasów. Oczywiście wiadomość o niej była dla mnie ogromnym szokiem. Zwłaszcza, że nie miałam wcześniej żadnych objawów, czy dolegliwości. Od tamtego 11 grudnia 2014 roku nic już nie jest takie, jakie było wcześniej… Przeszłam dwie operacje, 12 cykli chemioterapii, masę badań, mniej lub bardziej stresujących. I to jeszcze nie koniec. Staram się jednak poświęcać jak najmniej mojego czasu, sił i energii na rozmyślanie o tym, co będzie. Staram się żyć dniem dzisiejszym, cieszyć każdą chwilą, bo życie jest naprawdę piękne, trzeba tylko umieć odpowiednio się mu przyjrzeć. A podczas choroby zmienia się zupełnie płaszczyzna widzenia i odbierania otaczającego nas świata. Tak wiec, wszystkim chorym polecam tylko myślenie pozytywne, pomimo, że nieraz jest to szalenie trudne. Jak najwięcej pozytywnych kontaktów, spotkań, wyjazdów, szczególnie pozwolę sobie polecić muzykoterapię w Palacavicchi – Ciampino ze stowarzyszeniem „Insieme”- działa! (śmiech)

Edyta Felsztyńska / foto: Sylwia Dombrowska

No właśnie, patrząc na ciebie, pełną energii osobę, niektórzy zastanawiają się skąd czerpiesz siły na walkę.
Od dziecka byłam bardzo aktywna, silna, pełna energii. Jedną z moich pasji był od zawsze sport. Myślę, że właśnie wszelkiego rodzaju zawody sportowe nauczyły mnie od najmłodszych lat walki do ostatnich sił i niepoddawania się. Dzisiaj przyszło mi zmierzyć się z przeogromnym przeciwnikiem. Ta wielka wojna składa się z wielu potyczek, które raz wygrywam, a raz przegrywam. Jednak na wynik końcowy jeszcze trzeba będzie sporo poczekać i wtedy się okaże kto był silniejszy. Mam niesamowitą ilość zajęć, żyje w ciągłym biegu. Czasami wydaje mi się, że goniąc tak, ucieknę przed choroba… Czas pokaże, czy biegam wystarczająco szybko. Moim największym źródłem energii są oczywiście rodzina i przyjaciele, ci prawdziwi, z którymi można przysłowiowe konie kraść. Dzięki chorobie odkryłam , kto jest naprawdę warty mojej przyjaźni. Na szczęście niewiele osób w czasie mojej choroby nagle gdzieś zniknęłó. Były to osoby niewarte przyjaźni. Chciałabym natomiast podziękować moim „aniołom stróżom”, zaczynając od mojej najukochańszej mamy i najbliższej rodziny, poprzez Rosę, Emilię, Agnieszkę, Bożenkę, Lucynę, Mirellę, Violettę, Teresę, Dorotę i Michała, które idą razem ze mną przez tą ciężką drogę. Moich „aniołów” jest o wiele więcej, niestety nie sposób ich teraz wszystkich wymienić. Wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, nawet w tych najciemniejszych momentach mojego życia. Wierzę również, że wspólnie doczekamy się pięknego wschodu słońca, które wychodzi po każdej burzy i później będzie już tylko dobrze!
Jakiś czas temu Sylwia Dombrowska zaproponowała ci sesję fotograficzną, podczas której pozowałaś bez peruki. Czy nie miałaś z tym problemów?
Sylwia jest przede wszystkim fantastyczną osobą, ale również i fotografem, stylistką, wizażystką, poetką i sama nie wiem, kim jeszcze. Jest wszechstronnie utalentowana, tzw. „donna delle mille risorse”. Kiedy zaproponowała mi sesje, nie do końca byłam przekonana, jednak później okazało się, że świetnie razem się bawiłyśmy. Po opublikowaniu tych zdjęć na portalu społecznościowym, napłynęło do mnie SETKI pozytywnych wiadomości, gratulacji. Zrozumiałam wtedy, że moje zdjęcia się spodobały. Chciałabym zadedykować je wszystkim kobietom, które w tej chwili borykają się z podobnym problemem. A niestety jest nas spora grupa tu, w Rzymie. Utrata włosów w całej tej jakże poważnej chorobie, to właściwie najmniejszy problem. To okres przejściowy. Najważniejsze jest wyzdrowieć. A czy będziemy mieć włosy, czy nie, czy będziemy mieć czerwoną sukienkę czy białą – to nie ma żadnego znaczenia. Człowiek, w tym przypadku kobieta, jest piękna za to co ma w sobie, czym potrafi podzielić się z innymi, co może zaoferować innym, nie za to jak wygląda. Kto tego nie potrafi zrozumieć, to już jego problem. Jesteśmy żonami, matkami, mamy wszystkie kogoś bliskiego i to dla tych osób musimy być piękne, silne i jak najszybciej powrócić do zdrowia. Takie sesje, które zrobiła mi Sylwia Dombrowska dodają jeszcze bardziej pewności siebie i pokazują, że w chorobie, nawet bez włosów tez można ładnie wyglądać.

Podczas sesji / foto: Sylwia Dombrowska

Dziękuję ci bardzo za rozmowę i życzę przede wszystkim zdrowia i dalszych sukcesów w działalności na rzecz naszych rodaków.
Dziękuję.

rozmawiała
Anna Malczewska

Portale „Powroty” i „Zielona Linia” – dlaczego warto z nich korzystać?

Adwokat Włocha, czyli o Włoszech z innej perspektywy